Pierwsza próba pisania

Bieryt Patryk ( Bierytat)

Detektyw Zahu
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||

Rozdział 1: Green Otac
————————————-__________________________————————————-

Był to bardzo gorący dzień nad miasteczkiem Green Otac. Było tak gorąco, że każdy mieszkaniec odwiedzał sklep
Bonsa po kilka razy. I za każdym razem prosili tylko o wodę lub coś do picia. Niektórzy byli nawet tak
zdesperowani, że ustawiali się w długich kolejkach do wodopojów i studni.
Mimo pozorów było to małe miasteczko, ale tego dnia na ulicy 21 Wieku nie było żywego ducha. Wszyscy siedzieli
w domu lub nad wodą. I nikt nie zdawał sobie sprawy z tego co stanie się zaraz w opuszczonej szopie nieopodal
lasu zwanego ,,Bardzo Ciemnym”.

*
W tym samym czasie po swym pokoju na poddaszu przechadzał się mężczyzna o kruczoczarnych włosach, niebieskich
oczach i krótkim, ale kształtnym nosie. Miał on około 180cm wzrostu i posturę nie jak jakiś z tych pakerów
ale też nie jak chuderlak. Był po prostu normalny.
– Reks! – Zabrzmiał jego mocny, ale spokojny głos.
– Reks, choć tutaj, masz jedzenie.
Na to wołanie pies nie był obojętny, w ciągu sekundy już stał pod miską.
– Tak, dobry piesek – Pochwalił go gładząc po głowie.
Jego pies był wręcz jego przeciwieństwem. Niewielki, wiecznie szczęśliwy i chętny do zabawy.
Sierść miał brązową w czarne łaty. Miał ogon jak zebra tyle, że brązowo-czarny.
Byli bardzo różni, ale to Mateuszowi i jego psu nie przeszkadzało, oni się wprost uwielbiali.
I wszystko było by dobrze i dzień by mijał tak dalej, gdyby ktoś nie otwarł nagle drzwi.
– Panie Mateuszu! Detektywie Zahu! Pomocy! – zawołał przybysz
– Co się stało? – spokojnie zapytał detektyw.
– Ttttam, tam w szopie, musimy tam iść! – wydyszał
– Ale panie Bons spokojnie, proszę usiąść i na spokojnie opowiedzieć co się stało.
Po krótkiej chwili zasiadł i zaczął opowieść.
– OK, wie pan, pracowałem jak co dzień ale z powodu pogody brakowało mi klientów, więc postanowiłem zrobić
sobie wolne. Chciałem iść nad jezioro i odpocząć tam od pracy.
Pan wie jak dojść najszybciej ode mnie nad wodę?
– Tak, tak przez las.
– No właśnie – kontynuował Bons – i wszystko było by dobrze gdyby nie ten dym, który unosił się nad opuszczoną
szopą. To mnie bardzo zaciekawiło, bo skąd tam wziął się dym skoro szopa opuszczona od lat. Podszedłem tam,
czego teraz żałuje. Po tym co tam zobaczyłem…
– Ale co pan zobaczył? – zapytał z zaciekawieniem Mateusz.
– A trupa pana Lupowicza, ot co.
Wszedłem tam a on już resztkami sił zdołał tylko wykrztusił coś w stylu ,,ogień”.
Nie wiem, jakie to miało znaczenie, ale zaraz uciekłem tu do pana.
– Dziękuje za tą wiadomość, zaraz wyruszę zbadać to miejsce. Niech pan teraz wraca do domu i odpocznie,
może jeszcze pana dziś odwiedzę.
– Ale, po co? zapytał lekko przestraszony.
– No wie pan, panie Bons teraz każdy jest podejrzany.
Aha… OK, to ja lecę już.
– Do widzenia.
– Do widzenia.

Rozdział drugi: Zabójstwo doskonałe ?
————————___________________________________________————————

Niecałe pół godziny później Mateusz Zahowski był już gotowy do wyjścia i odwiedzenia miejsca zbrodni. Zabrał
ze sobą już wszystkie niezbędne narzędzia, to znaczy lupę, przyrząd do ściągania odcisków i oczywiście swoją
fajkę.
– Reks! Idziesz ze mną – zawołał.

Detektyw mieszkał na poddaszu trzy piętrowego bloku na osiedlu Florensa, było to niedaleko od sklepu Bonsa,
więc podróż nie potrwała długo.

Mateusz zbliżał się już do szopy, gdy nagle zobaczył w cieniu lasu jakąś sylwetkę.
– Stój! – krzyknął, po czym rzucił się w pogoń – Reks! łap go!
Pies wystrzelił jak pocisk za tajemniczą osobą. Zahu po chwili stracił już siłę na bieg, więc zaprzestał go.
Teraz liczył tylko na psa.
– Oby mu się udało – pomyślał – Reks liczę na ciebie.
Nie minęło pięć minut i zza drzewa usłyszał szelest.
– Reks to ty? – zakrzyknął.
– Pokaż się! – krzyczał z coraz większym strachem.
– Piesku?
I wtedy jeszcze raz coś zaszeleściło i coś dziwnego wyskoczyło z krzaków wprost na detektywa.
Mateusz w pierwszej chwili przestraszył się i już miał zamiar uciekać. Lecz w porę rozpoznał psa okrytego
jakąś szmatą.
– Och piesku, przestraszyłeś mnie, daj mi to co tam masz – Powiedział po czym chwycił kawałek tkaniny.
– Popatrzmy, co to jest?…wygląda na kawałek spodni.
– Dobrze się spisałeś Reks.
– Hau – odszczeknął z radością pies.
– Dobra, a teraz wracajmy do szopy.

Na miejscu Zahu zostawił przed wejściem psa w celu ochrony, po czym wszedł do środka.
– Boże, co tu się stało?
Szopa była zdemolowana, lampa zamiast wisieć przy suficie, leżała teraz potrzaskana na ziemi. Wszystkie półki
powywalane, a stół i krzesła porozrzucane po całym pomieszczeniu, W rogu obok kominka leżało martwe ciało
Lupowicza.
Detektyw podszedł do niego, aby przyjrzeć się dokładnie, co mu się stało. Chociaż konieczne to nie było, facet
leżał w kałuży krwi z podciętą szyją. Teraz rodziły się pytania: Kto? Dlaczego? I gdzie jest narzędzie
zbrodni?
Te pytania krążyły po głowie Zahowskiego, gdy szukał na ciele jakiś odcisków.
Wtem wpadła mu w oczy kartka, którą trzymała ofiara. Była lekko pokrwawiona, lecz napis na niej był czytelny.
Było tam napisane:

,,Jutro zabije kolejnego”
Pan ?!?

– Co za ironia nigdzie nie ma żadnych odcisków i jeszcze ten list – pomyślał – mam tylko kawałek tych spodni
i nic więcej.
– Czyżby to było zabójstwo doskonałe? Sprawdzę jeszcze lodówkę. Wiem, że to najmniej istotne miejsce na jakąś
kryjówkę, ale coś mnie do niej ciągnie.
Jak pomyślał tak zrobił, podszedł do niej i pomału zaczął ją otwierać. Jego serce przyspieszyło czterokrotnie.
Z jednej strony – myślał – to lodówka, co w niej może być poza jedzenia. Ale z drugiej to jest miejsce zbrodni,
więc wszystko jest możliwe.
Już prawie ją otworzył,
jeszcze trochę i…

Rozdział trzeci: Skąd to się tu wzięło?
————————-__________________________________________————————-

Tak jest! – zawołał tak głośno, że aż Reks na dworze podskoczył.
– Piesku! Mamy poszlakę!
– Mamy ten kawałek materiału oraz zakrwawiony nóż produkcji…
chwila zaraz sprawdzę…
– Hm… Znam tą markę to ,,WEYB” takie same noże posiada nasz kochany rzeźnik Samuel Zwycięzca!
Znasz go piesku, to u niego kupujemy dla ciebie kiełbasy!
– Chyba pora się tam wybrać, rozejrzeć się i zadać kilka pytań – Pomyślał Mateusz.
– Piesku! Idziemy! To nie daleko.
To prawda rzeźnia była niedaleko, znajdowała się na rynku a do rynku szła prosta ścieżka.
Detektyw wcale się tym razem nie spieszył, na spokojnie rozpalił sobie fajkę i wolnym krokiem ruszył w stronę
rynku. Po drodze mijał ludzi przy studni, którzy stali w niekończących się kolejkach tylko po to, aby nabrać
wody ze studni.
W końcu doszli do wspomnianego sklepu, po czym rozległo się pukanie w drzwi Sama.
– Dzień dobry Samuelu – rzekł Mateusz
– Ach… dzień dobry Zahu. – odparł – co dzisiaj także potrzebujesz kiełbasek?
– Nie, nie ja dziś służbowo.
– Służbowo!?  Ach… tak słyszałem o tym, ale dlaczego przychodzisz z tym do mnie?

– No wiesz, każdego trzeba przesłuchać.

– A no tak, rozumiem.

– Więc tak, gdzie byłeś w ciągu ostatnich kilku godzin? – zapytał.

– A jak myślisz? Tutaj! Przecież to mięso samo się nie pokroi i nie poustawia! – szybko się wytłumaczył.

– Tak, właśnie jeszcze jedno pytanie, a raczej prośba. Możesz mi pokazać kolekcję swoich noży?

– Y… a po co?

– Muszę coś zobaczyć.

– Dobrze, proszę – otworzył szafkę gdzie trzymał swój sprzęt. Było tam 20 miejsc na nie i o dziwo każde

miejsce było zapełnione nożem firmy ,,WEYB”.

– Dziwne – pomyślał – wszystkie są a do tego oryginalne – stwierdził po przyglądnięciu się im pod lupą.

– Dobrze Samuelu, nie mam podstaw by cię podejrzewać, lecz wiesz…

– Tak wiem, i jak dowiem się czegoś dowiem to poinformuję cię o tym – odrzekł – Ale powiedz mi tylko jedno.

Po co ci były moje noże?

– Wiesz, znalazłem na miejscu zbrodni ten nóż, jest tej samej produkcji, co twoje noże.

– Skąd on się tam wziął to ja nie wiem, ale widzę, że jest to dobry nóż i w prawdzie podobny do mojego.

Ale…

– Co? Coś z nim nie tak?

– Owszem, to bardzo wierna podróbka modelu 517eob. Spójrz widzisz te dwa ząbki? Są różne.

– Ach tak widzę.

– To naprawdę bardzo wierna podróbka, nie dziwie się, że go jej nie rozpoznałeś.

– No tak. Więc wychodzi na to, że zabójca musiał cię znać i wiedział o twoich nożach.

– Tak, ale nie wiedział, że potrafię rozpoznać podróbkę.

– Właśnie. Dziękuje Sam i przepraszam za problem, przynajmniej na razie.

Po tej długiej rozmowie Mateusz był pewien jednego, to nie Sam był zabójcą. Miał za mocne alibi. Poza tym znał się na tym, i jako zabójca nie mógłby popełnię takiego błędu.

– Reks! – otrząsnął się z tego zamyślenia by spojrzeć teraz na to, co robi jego pies.

– Reks! – ponownie zawołał do psa, który stał teraz przy pustej już od natłoku ludzi studni – Coś ty tam znowu znalazł?

To, co znalazł uszczęśliwiło, ale i zasmuciło Zahowskiego. Był to dobry, ale i zły trop.

Rozdział czwarty: Bimber

—————————————__________________________________—————————-

Detektyw w pierwszej chwili myślał, że te spodnie z potarganą prawą nogawką nic a nic mu nie pomogą.

Lecz po chwili dostrzegł na nich niewielką plamą koloru czerwonego. Od razu postanowił się rozejrzeć.

Nie minęła chwila a Mateusz dostrzegł na ziemi ślady krwi.

– Czyży koniec śledztwa był tak blisko? – rozmyślał – czy wystarczy iść po tych śladach?

– W taki sposób nic nie wyjaśni się samo, trzeba iść po tych śladach a one już nas zaprowadzą do tego człowieka z lasu.

Więc wyruszył, najpierw poprzez rynek, potem obok rzeźni Sama…

– Czy to jednak on – pomyślał.

Nie, ślady szły dalej przez plac i polanę aż do wielkiego starego dębu.

Tam ślad zaginął.

– Tu ślad się urywa piesku, ale nie mógł się przecież tak po prostu zapaść pod ziemię, prawda? To jest niemożliwe.

Wokoło stały tylko jakieś stare drzewa, krzaki i kamienie. Nigdzie nawet znaku po tajemniczym gościu.

– Dobrze więc, skoro nie ma widocznych śladów to przeszukajmy dokładnie każde miejsce – pomyślał.

Zbadał po kolei każdą skałę w pobliżu, każdy konar i wszystko, co mogło służyć za kryjówkę.

– Chwilkę, jeśli nie kryjesz się tutaj to musi tu być…

– Jest! – zawołał odgarniając kupę liści spod najstarszego drzewa.

Była tam wielka klapa, która najwidoczniej prowadziła gdzieś pod ziemię. Szybkim ruchem chwycił za uchwyt i pociągnął za drzwi.

– Widzisz Reks, to z niego spryciarz, jednak zapadł się pod ziemię – zażartował.

Wchodził teraz do ciemnego tunelu. Nie był on za wielki. Detektyw z ledwością mieścił się w wąskiej szczelinie, nie wspominając o tym, że cały czas szedł pochylony.

– Jestem ciekaw gdzie ten tunel prowadzi, bo jak widać ktoś nie chciał żeby o odkryto.

Szedł teraz w całkowitej ciemności, czasami tylko mignęło nad nim jakieś światło, ale nie był do końca pewny czy ja tak naprawdę widział.

Czas dłużył się okropnie, myślał już, że minęły z dwie godziny a zaledwie szedł z pół godziny.

Całkowicie już tracił nadzieję, że kiedykolwiek dojdzie gdzieś. Lecz nagle ujrzał nagły przebłysk światła, nie było to wcale światło słoneczne, lecz jakieś słabsze jak by z żarówki.

– Co tu tak śmierdzi – pomyślał wdrapując się teraz po zadymionych schodach – cuchnie jakby coś się tu paliło.

Gdy pokonał ostatni stopień jego oczom ukazał się zadymiony pokój, pełen szklanych butli i różnych mechanizmów.

– Bimber ! – krzyknął – po to lazłem niespełna godzinę, aby odkryć, że ktoś się bawi w produkcję bimbru!

– Kto tu jest! – zapytał nieznany głos.

– A kto pyta? – odpowiedział Mateusz.

– A no właściciel tej piwnicy, no i całego domu.

Dopiero teraz detektyw spostrzegł, że ten pokój, w którym właśnie stał był tak naprawdę piwnicą a on sam siedział w czyimś domu.

Piwniczka ta była niewielka, ale w każdym calu wyposażona i wykorzystana do tajnej produkcji. Było tu wszystko, co tylko potrzebne do interesu.

– Tu detektyw Mateusz Zahowski, mam do pana parę pytań.

– Nie! Nie! Żadnych przesłuchań, żadnej policji! – zaczął wykrzykiwać

– Spokojnie, nie będzie żadnej policji ani przesłuchań, ja mam tylko parę pytań.

– Chwilkę, mam jeden warunek a powiem co chcesz.

– Słucham?

– Nie wspomnisz o tym co tu widziałeś nikomu, a w szczególności władzy.

– Dobrze, więc ja nie pisnę słówka a pan mi odpowie na pytania.

Po tych słowach zza pudła wyszedł zgarbiony, niski facet. Miał on brązowe oczy oraz włosy. Ubrany był w jakieś stare i brudne ubrania.

– Dobrze, pana imię, nazwisko, zajęcie?

– Donald Pachłon i nie mam żadnej pracy, cały mój świat to, to co tu widzisz.

– OK. Informacje podstawowe mamy, więc przejdźmy do sedna sprawy.

– Tak?

– Gdzie przebywałeś dzisiaj około południa?

– Byłem w sklepie po nowy sprzęt.

– Tak? A w którym sklepie?

– A u Bonsa…

– Dobrze, zapytam go. Powiedz mi jeszcze, czy to twoje spodnie i co robiłeś na miejscu zbrodni po 12?

– No tak, są moje. Wrzuciłem je do studni w celu zmycia z nich plam, ale nagle usłyszałem jakiś krzyk a potem coś jakby psa, więc zacząłem uciekać a one zostały.

– Ach tak… a co masz tutaj no nodze?

– A to, to rana. Zraniłem się dziś przy wrzucaniu tych spodni, zahaczyłem się o ostry kawałek kamienia w studni. Nie widziałeś, że krew, bo tak mnie pewnie znalazłeś, szła od studni a nie z innego miejsca?

Teraz gdy pomyślał o tym, to sobie przypomniał, że ślady zaczęły się obok studni właśnie a nie w lesie.

– Ach, racja. Powiedzmy, że uwierzyłem. A teraz mógłby mi PAN pokazać najszybsze wyjście stąd?

– Dobrze, Tędy proszę! Pójdziesz tą ścieżką i wyjdziesz obok rzeźni świętej pamięci Lupowicza.

– Dziękuję i żegnam pana.

– Dowidzenia.

Rozdział piąty: Kotek z Porcelany i Uwięziona Kobieta

————______________________________________________________________——–

Z godziny, na godzinę zbliżał się wieczór nad miasteczkiem Green Otac. Detektyw podążał teraz bardzo krótką ulicą Koczowniczą. Znajdował się tu głównie, Bar pod Kozłem ofiarnym, cukiernia i rzeźnia Lupowicza.

– Dobrze więc, skoro już mamy okazję to przeszukajmy dom ofiary – pomyślał.

Nie było to wcale daleko, dom rzeźnika stał naprzeciwko jego miejsca pracy.

Dom był mały, raczej można by to nazwać domeczkiem z niedużym ogródkiem. W ogródku tym rosły dwie choinki i jakiś mały krzak. Wszystko to otaczał drewniany płot z jednym, jedynym wejściem przez żelazną furtkę.

Detektyw powoli wkroczył na teren Lupowicza, w tej chwili przenikła nagle do niego myśl – czy tutaj ktoś jest?

Zamyślony podszedł do drzwi i powoli nacisnął na klamkę, był bardzo ciekaw co zobaczy zaraz po drugiej stronie.

Bał się, tego ale i był ciekaw co tam będzie.

Wokoło zapasła nagła cisza, słyszał teraz tylko przyspieszone bicie swego serca.

Jeszcze raz ruszył drzwi i…

Jego oczą okazał się zwykły dom, ze zwykłymi pokojami i zwykłym porządkiem. To było wszystko co widział.

– Nie to niemożliwe, furtka jest otwarta, ktoś tu na pewno był lub jest – wyszeptał z lekkim niedowierzaniem w głosie – piesku przeszukajmy ten dom.

W ten sposób Mateusz rozpoczął poszukiwania, zaczął od łazienki, nie wiedział dlaczego ale takie miał przeczucie.

Z optymistycznym nastawieniem przeszukał każdy kąt w łazience ale nie było tam nawet śladu. Postanowił przejść w następnej kolejności do sypialni lecz wtem przerwał mu to Reks, który zaczął szczekać.

– Co jest piesku ? Masz coś ? – zawołał.

Jego podopieczny stał w zaciemnionym pokoju i szczekał w kierunku pary świecących oczu.

– Boże, cóż to jest! – krzyknął ze strachem – szybko zaświecę światło!

I nagle to co przed chwilą było straszne, stało się teraz śmieszne.

– Haha, spokojnie piesku to tylko porcelanowy kotek.

– Ale sprytne to jest, oświetlić takiego kota… Ktoś się naprawdę stara abyśmy tu nie przebywali dłużej.

– …

– Co to było ?! Słyszałeś?

– Pppo…

– Ten głos dochodzi z okolic piwnicy, chodźmy tam!

Teraz bardzo szybko przebiegli przez krótki korytarz, przez drzwi na krótkie schody i świecąc światło wprost na miejsce.

Nastała nagła cisza. Mateusz dostrzegł coś tak pięknego, że nie dało się tego opisać. Była to kobieta o długich falowanych włosach koloru blond, czysto zielonych oczach i niewielkich, czerwonych ustach.

Od razu gdy tylko wszedł do rozjaśnionej piwnicy, ona roześmiała się i zaczerwieniła.

– Nic ci nie jest? – zapytał.

– Nie, poza tym, że jestem związana i jest mi strasznie zimno, to wszystko w porządku – westchnęła.

– Och, jak dobrze. Szybko daj mi ręce, rozwiąże to i pójdziemy do kuchni gdzie wypijesz coś ciepłego.

– Dobrze, dziękuje ty mój wybawco.

-Nie ma sprawy, można powiedzieć, że to moja praca.

– Praca? – zapytała zadziwiona – ratujesz ludzi z piwnic ?

– Nie, jestem detektywem i właśnie oglądałem ten dom, gdy ciebie usłyszałem.

– To masz naprawdę ciekawą pracę.

– Owszem ale jeszcze nigdy nie trafiłem na więźnia, szczególnie tak pięknego.

Dziewczyna uśmiechnęła się tylko na to.

– Tak w ogóle to jestem Lilly Miłkowska.

– Bardzo mi miło. A ja Mateusz Zahowski.

– Nawiasem mówiąc, to jesteś stąd czy nie ? Bo nie poznaje cię a znam tu większość ludzi.

– A no jestem z poza miasta, przyjechałam tutaj dziś w południe na krótkie wakacje. A wracając chwilę po przybyciu z cukierni, ktoś mi zarzucił worek na głowę i zaciągnął tutaj. Może mi się wydaję ale chyba kulał na którąś nogę.

– To musiał być ten sam człowiek, który zamordował Lupowicza i uciekał w lesie prze moim psem. Prawdopodobnie miałaś być kolejną ofiarą.

– Nawet mnie nie strasz, już i tak się boję.

– Dobrze, chyba będzie teraz najlepiej jak pójdziesz do siebie, położysz się i odpoczniesz. Daleko mieszkasz?

– Pod kozłem ofiarnym, to niedaleko cukierni.

– Wiem i niedaleko stąd, bo trzy domy dalej, odprowadzę szanowną panią na miejsce.

– Ach, dziękuję bardzo, z miłą ochotą przejdę się z panem, panie Mateuszu, poczuje się bezpieczniej

– A więc ruszajmy, ze mną.

Wyszli z domu rozmawiając. Zahu dowiedział się, że Lilly pochodzi z miasteczka nazywającego się Kalon Wielki i o jej zawodzie nauczycielki.

Bardzo dobrze się dogadywali i opowiadali nawzajem o sobie. Nie zauważyli nawet kiedy się znaleźli na miejscu.

– Dobrze więc, tu chyba mieszkasz.

– A, tak. Szkoda, że musisz już iść ale wiem obowiązki. Chociaż mimo wszystko wpadnij do mnie jeśli będziesz miał czas lub jeśli będziesz chciał pogadać.

– Dobrze, tak zrobię. A teraz muszę iść.

– Żegnaj.

– Do zobaczenia Mat, na razie Reks.

Zahowski wraz z psem opuścili ulicę Koczowniczą i udali się teraz w stronę domu. Była to wyjątkowo ciepła noc, niebo było tak czyste, że można było dostrzec każdą nawet najmniejszą gwiazdkę.

Mijali teraz cukiernię gdy Mateusz coś spostrzegł.

W oknie starej Biedrony stał taki sam porcelanowy kotek jak u Lupowicza. Bardzo go to zainteresowało.

– Czyżby ona miała coś z tym wspólnego? – pomyślał – a może tylko kupili takie same koty, ciekawe. Trzeba to zbadać ale to jutro. Dziś nie mam już siły nawet iść.

Tą myśl Reks jakby wyczuł, szczeknął i przyspieszył kroku w kierunku osiedla Florensa.

– Tak piesku, wracajmy szybko do domu. Jutro czeka nas kolejny pracowity dzień.

Rozdział szósty: Stara Biedrona czy Stara Fabryka?

——————________________________________________________________————

Wróciwszy do domu położył się spać, lecz nie była to spokojna noc. Do samego rana Mateusza mączyły dziwne i straszne koszmary. Widział w nich człowieka, który mordował Lilly. Zobaczył także swojego zaginionego przed laty ojca. To jego zniknięcie nakłoniło go do pracy jako detektyw co miało na celu odnalezienia go. Szukał już cztery lata i czuje, że jest już blisko rozwiązania tego tajemniczego zniknięcia.

*

Poranek był cichy i spokojny, słychać było tylko poranny śpiew ptaków siedzących na parapecie okna. Przesiadywały tam bardzo często, można by powiedzieć, że nawet codziennie. A to z powodu hojności pana domu, który częstował je okruchami chleba.

W pewnej chwili jeden z ptaków zaczął pukać w szybę okna domagając się o codzienną porcję jedzenia.

Mateusz po ciężkiej nocy powoli podniósł się z łóżka i poszedł do kuchni. Tam otworzył chlebak i wyjął dużą kromkę chleba.

Wróciwszy pod okno pokruszył ją i rozsypał.

– Macie wy moje ptaszyska, jedzcie ile chcecie – rzekł, po czym poszedł jeszcze raz do kuchni – Reks! ty też tutaj masz jedzenie.

Po tym jak wszyscy zjedli z Mateuszem śniadanie nadeszła pora na nie dokończoną sprawę z poprzedniego dnia, czyli odwiedziny starej Biedrony.

Zahu przebrał się i wyruszył na to ważne spotkanie. Wyszedł z osiedla Florensa i skręcił na ulicę Koczowniczą.

Po drodze minął rzeźnię i dom Lupowicza, gdy nareszcie doszedł na miejsce.

– No i jesteśmy, dom Pani Biedrony. Wejdźmy do środka, myślę, że nie będzie miała nic przeciwko takiej niezapowiedzianej wizycie.

Podeszli do domu, który nie był  wielki  ani mały był domem normalnych rozmiarów a do tego bardzo zadbanym. Każdą ścianę w piękny sposób obrastała wielka winorośl z fioletowymi winogronami. Był to jeden z  wielu sposobów w jaki był ozdobiony ten dom. Znajdowały się tu też czerwone róże oraz krzewy o ciekawych kwiatach lub kształtach. Mateusz już chciał wejść do środka, już chciał zapukać lecz przerwało mu to nagłe wołanie o pomoc i jakiś hałas. Dochodziło to gdzieś z niedaleka więc detektyw szybko ruszył w tą stronę, to znaczy na pola tuż za Kozłem Ofiarnym.

– Pomocy! – usłyszał – Pomóżcie, proszę!

Ten głos był dla niego znajomy ale nie umiał skojarzyć do kogo należał.

– Pomocy, ktoś mnie słyszy? – Wykrzykiwał dalej ten sam znajomy kobiecy głos – Mateusz!

Teraz poznał to był głos Lilly, która właśnie została porwana. Tajemniczy osobnik ciągnął ją w kierunku opuszczonej hali, w której niegdyś produkowano samochody i motory.

– A więc tu się zaszyłeś – pomyślał Zahu – Stara fabryka Fiata, musze mu przeszkodzić, bo jeszcze coś zrobi biednej dziewczynie. Reks, czekaj tu i pilnuj wejścia.

Pies posłusznie stanął przy drzwiach i ustawił się jakby miał powiedzieć ,,I kto mi teraz podskoczy?”.  Mateusz zaśmiał się, poklepał go i poszedł dalej w stronę głównej sali. Teraz czekało najgorsze, musi znaleźć pomieszczenie, w którym jest kryjówka porywacza. To naprawdę ciężkie zadanie, detektyw nie wiedział gdzie ma teraz iść i już chciał sprawdzać każdy pokój po kolei gdyby nie kawałek urwanego materiału na jednych z pobliskich drzwi.

– Nie wiem czy to przypadek, czy zrobiła to specjalnie ale chyba mam szczęście.

Podszedł jak najciszej mógł do wejścia, wyciągnął swój scyzoryk i powoli nacisnął na klamkę. Uchylił drzwi i zobaczył pokój podzielony na dwie części, on znajdował się teraz w pierwszej.

Lilly leżała w rogu pokoju związana i z zakrytymi oczami. Mateusz podszedł do niej i ściągnął jej opaskę.

– Lilly nic ci nie jest – szepnął do niej.

Ona tylko kiwnęła głową i pokazała na drzwi prowadzące do drugiego pomieszczenia.

– On tam jest, prawda? Idę po niego.

Machnęła głową pozytywnie lecz na słowa, że tam pójdzie zaczęła z paniką w oczach zaprzeczać. Mateusz nie chciał jej słuchać, ale nie chciał też jej narażać, rozwiązał więzy z jej nóg i rąk po czym powiedział:

– Nie chce cie narazić na jakiekolwiek cierpienie, idź do wyjścia, tam czeka Reks, zabierz go i idź do domu, albo nie idź do mnie. Osiedle Florensa, blok pierwszy ostatnie piętro, tu masz klucze.

– Nie, nie zostawię cię tu samego.

– A więc poczekaj tutaj, zaraz wrócę – odpowiedział i wszedł za drzwi.

Tam ujrzał tajemniczą osobę, była niewiele mniejsza od niego i raczej starsza. Za dużo nie mógł stwierdzić bo była w kominiarce. Widział tylko jego bądź jej niebieskie oczy.

– A więc to ty jesteś winny tego wszystkiego.

– Tak panie Mateuszu, to ja zabiłem wczoraj Lupowicza i nie poprzestanę na tym jednym zabójstwie – powiedział męskim głosem zabójca

– Wydaje mi się, że jednak będziesz musiał na tym skończyć, bo pannie Lilly już nic nie zrobisz a raczej nie uciekniesz stąd.

– Nie doceniasz mnie, nigdy mnie nie doceniałeś.

Wypowiedziawszy te słowa zrzucił coś na ziemię po czym z nikąd powstał dym, a gdy on opadł detektyw widział już tylko otwartą klapę w ścianie. Spojrzał za nią ale prócz pustego pola nie widział już nic więcej. Załamany wrócił do dziewczyny opowiedzieć co się stało.

– Mówiłam żebyś tam nie szedł, bałam się o ciebie. Na szczęście nic ci się nie stało i nie martw się tą ucieczką, jeszcze go dorwiemy.

– Dorwiemy !? Jak to my?

– No próbował mnie już dwa razy zabić, nie odpuszczę mu tego no i przy okazji mojej pomocy odwdzięczę się tobie.

– Ok. Dobrze ale od dziś mieszkasz u mnie, nie możesz tak ryzykować pobytem w Koźle Ofiarnym.

– Tak jest.

– No to postanowione, a tera chodźmy stąd.

I tak wyszli z prawie opuszczonej hali zabierając po drodze psa, który został pochwalony za dobrą służbę i została mu obiecana większa kolacja. Następnie udali się do Kozła Ofiarnego po rzeczy Lilly.

– O… witam naszego szanownego detektywa, przywitał go barman, widzę że poznał już pan naszego gościa.

– Idź szybko po rzeczy ja tu poczekam – szepnął – Och tak, i zdążyłem ją nawet dwa razy uratować.

– No proszę, to się nazywa właściwy człowiek we właściwym mieście, niech no ja tylko o tym opowiem koledze z Żubrowa, o jak się zdziwią.

– No tak, dobrze a nie widział pan żeby coś dziwnego się działo wokół panny Lilly? Bo za każdym razem gdy coś się jej dzieje to akurat po wyjściu z tego baru?

– Nie wiem, ja żem nie widział, zresztą sam wiesz że tu tajemniczych gości jest aż nadto.

– No wiem, wiem ale czy jakiś szwendał się za dziewczyną?

– Hm… czy który za nią łaził? Nie, nie widziałem.

– Ok. dziękuje bardzo, widzę, że już Lilly idzie więc ja się zbieram, bardzo dziękuję za wodę i do zobaczenia.

Rzeczywiście na schodach stała już spakowana dziewczyna.

– Na razie – odrzekł barman.

– Może ja wezmę te walizki a ty idź.

– Dobrze.

W ten sposób wrócili do mieszkania na poddaszem prosto na kolację.

Reks jak obiecano dostał porządną porcję karmy z dodatkami kurczaka a Mateusz pierwszy raz od czasu gdy mieszkał z matką zjadł posiłek, który naprawdę mu smakował. Powiedział o tym kucharce, która na to się bardzo ucieszyła i powiedziała, że póki będzie z nim mieszkała to zawsze będzie mu robiła jeść. I tak wszyscy szczęśliwi poszli spać. Następny dzień maił być bardzo ciekawy.

Rozdział Siódmy: W poszukiwaniu prawdy

—————____________________________________————–

Dzień zaczął się bardzo cicho, Mateusz wyspany po ciężkim dniu po cichu wysunął się spod kołdry i na palcach wyszedł z sypialni. Przechodząc do łazienki zatrzymał się obok miejsca, w którym spała Lilly.

Dziewczyna słodko spała wtulona w mięciutką poduszkę, usta przez które wydychała powietrze były lekko rozchylone a jej niepoukładane włosy opadające lekko na policzek tylko poprawiały ten obraz.

Widok ten wprawił Mateusza w pewne osłupienie. Od chwili kiedy zatrzymał się nad nią minęło chyba już z pięć minut a on dalej się wpatrywał w nią tak jakby nagle zobaczył boga.

Ona jest piękna w każdym momencie życia, nawet kiedy śpi – pomyślał detektyw – ale dość już, weź się w garść, zamierzałeś się umyć a co robisz? Ogarnij się jakoś!

 

Po tej myśli jeszcze z minutę wpatrywał się w kobietę ale przemógł się i poszedł do toalety.

Wychodząc miał jakąś nadzieję ponownie ujrzeć Lilly, lecz nie spotkał już jej na tapczanie. Przebywała zapewne teraz w kuchni, z której od razu doszły do niego jakieś przyjemne zapachy. Był to omlet ale taki jakiego jeszcze nie widział. Jego zapach był bardzo przyjemny, rozchodził się po całym domu lecz był także łagodny dla nosa. Wyglądał też nieźle, widać dziewczyna zna się na gotowaniu. O smaku nie trzeba wspominać. Po prostu palce lizać

Dla Zaha było to najlepsze śniadanie jakie jadł ostatnimi czasy. A to nie tylko dzięki pysznemu jedzeniu ale i rozmowie z dziewczyną, która zaczęła się tak:

– I jak Ci się spało u mnie ?

– A dobrze, wyspałam się

– No tak widać, że jesteś od rana pełna życia. To dobrze bo dziś mamy co robić.

– Tak? Naprawdę mogę ci dziś pomóc w czymś?

– Naprawdę, przejdziemy się w dwa miejsca. Do starej Biedrony i do tej nieszczęsnej fabryki samochodów. Ale obiecaj mi, że będziesz się trzymała mnie i będziesz uważała.

– Obiecuje! A trzymać w jakim sensie?

– Jak chcesz to możesz nawet dosłownym.

– Tak! Super!

– A mam takie pytanie jeszcze, bo chyba nie miałem okazji zapytać. Kim jesteś z zawodu?

– Hm… to trudne pytanie. Sama nigdy nie miałam stałego zawodu bo nie potrafiłam znaleźć dobrej dla siebie pracy. Ale nie będę cię teraz tu zanudzać.

– Ależ nie, opowiedz z chęcią posłucham opowieści.

– To tak… wszystko zaczęło się od dnia kiedy ukończyłam 18 lat, wtedy postanowiłam opuścić ojca, bo matka nie żyje i znaleźć sobie mieszkanie i prace. Nie było to wcale trudne bo u nas jest bardzo wiele tanich domków na wynajmę. Zostało mi tylko znaleźć pracę. Więc otwarłam naszą gazetę i zaczęłam szukać. Pierwsze co wpadło mi w oko to fryzjer.

Nie wspominam tego dobrze, to nie było jednak to czego szukałam, za mało emocji i trochę nudna praca. Nie chce cię zanudzić szczegółami więc powiem jeszcze, że tym sposobem zatrudniłam się jeszcze jako sprzedawczyni, niania, kucharka w przedszkolu i sekretarka. Ale wciąż nie znalazłam czegoś co mi sprawi przyjemność.

– Więc dlatego przyjechałaś tutaj?

– Tak Green Otac miało być moją drugą szansą, tu chciałam zamieszkać na nowo i znaleźć coś ciekawszego.

– I jak udało ci się coś osiągnąć?

– No na razie moje miejsce zamieszkanie nie jest jeszcze pewne i nie mam pracy, ale cieszę się niezmiernie.

– Dlaczego? Przecież nie znalazłaś jeszcze nic?

– Nieprawda, do tej pory zostałam dwa razy uratowana i poznałam ciekawą osobę, to bardzo dużo jak na kilka dni pobytu tutaj.

– No w sumie racja.

– Dobrze opowiedziałam ci coś o sobie, teraz czas na ciebie. Powiedz mi jak to się stało, że zostałeś detektywem?

– To bardzo smutna historia. Ale zacznijmy od początku. Kiedyś gdy byłem młody uwielbiałem bawić się z tatą i z moimi przyjaciółmi, a najbardziej w chowanego. Zawsze potrafiłem znaleźć wszystkich bez problemu, po czym szliśmy z ojcem na obiad przygotowany przez mamę. Niestety gdy miałem 16 lat moja matka nas opuściła. Nie byliśmy z tego powodu szczęśliwi. Ale to normalne. Myślałem, że gorzej nie może być lecz jednak mogło. Dwa lata później mój ojciec wracając w nocy od kolegi zaginął. Nigdzie nie było jego ciała więc jest przypuszczenie, że żyje. Też byłem tej nadziei, więc zacząłem szukać go. W ten sposób ludzie uznali mnie za detektywa. A ja zacząłem im pomagać próbując zapomnieć o tym co się stało, lecz nie potrafię i ciągle do tego wracam.

– To naprawdę smutne. Współczuje takiego losu i wiesz… pomogę ci w tej sprawie, w końcu może jakoś się odwdzięczę za uratowanie życia.

– Ależ nie trzeba

– Ale ja tego chce i nie zmienisz tego.

– No dobrze… Ale która jest godzina?! Już tak późno, powinniśmy być już pod domem Biedrony. Bardzo przyjemnie się rozmawia ale musimy się zbierać.

– Dobrze, weź co potrzebne a ja tu posprzątam.

I tak już chwilę później oboje ubrali się i wyszli na spotkanie ze staruszką. Podróż minęła na wspominaniu przeszłości i tego jak doszło do ich spotkania. Nic dziwnego więc, że nie zauważyli nawet kiedy doszli na miejsce.

Ponownie stali przed tym pięknie porośniętym winoroślami domem o prostej budowie.

Z komina unosiły się i zatracały w nicość kłęby białego dymu, to wskazywało na obecność w domu gospodarza.

Mateusz tym razem z pewnością mając w zasięgu wzroku Lilly wyciągnął rękę i lekko zapukał do drzwi. Nie minęła długa chwila i z wnętrza budynku usłyszeli mocny damski głos:

– Chwila! Poczekać tam! Już idę otworzyć.

W drzwiach stanęła staruszka o lekko okrąglejszych kształtach. Była naprawdę pulchna i niska, poza tym nosiła na głowie perukę o blond włosach, które zapewne niegdyś posiadała. Miała także jedno chore – szklane oko. Drugim zdrowym zielonym okiem spoglądała na Mateusza i dziewczynę.

– O! Pan Zahowski, jaka miła niespodzianka, że mnie pan odwiedził. I ta pani? – powiedziała z pewnego rodzajem entuzjazmem.

– Tak Ismeno – bo tak miała na imię – Wpadłem tutaj z Lilly aby przedyskutować pewną sprawę.

– Co znowu! Jestem podejrzana o coś ?

– Nie wiem, ty mi to musisz powiedzieć.

– A więc kolejne śledztwo. Tak? Znowu te głupie pytania, gdzie byłaś wczoraj i co robiłaś…

– No wiesz, to norma w moim fachu.

– Niech ci będzie, wejdźcie.

Przekroczyli próg domu i zobaczyli dom jakiego nikt by się nie spodziewał. To co z zewnątrz wyglądało na proste w środku takie nie było. Sam przedpokój miał wielkie lampy wiszące u sufitu i całą kolekcję starych i stylowych obrazów. Co jeden to ciekawszy. Lecz nie było to największe zaskoczenie. Bo gdy weszli do pokoju gościnnego to sami nie mogli uwierzyć własnym oczą. Myśleli, że ona jest stara i… A tu taki pokój…

Ściany były jasnoniebieskiego wzbogacane brązowymi wykończeniami. Szafy a były dwie były idealnie wpasowane w komodę i masywny kominek stojący na środku jednej ze ścian. Wisiały i stały tam jeszcze najdziwniejsze kwiaty o niewiadomym pochodzeniu. Wraz z innymi ozdobami tego pomieszczenia sprawiało to idealne warunki do pogaduszek przy wielkim stole usytuowanym na samym środku tegoż pokoju.

– Ładny mam domek nie ?! Troszkę go ulepszyłam od ostatniej twojej wizyty

– Trochę! Nie pamiętam choć jednej części tego domu, która pozostała taka jak dawniej.

– No fakt, ale zarobiłam trochę to co miałam z tym zrobić.

– A jak zarobiłaś – zapytał całkiem poważnie Mateusz

– A normalnie, wygrałam na loterii. Nie wierzysz to zapytaj ludzi.

– Wierzę, wierzę.

– I skoro jesteśmy już przy takich pytaniach, to możesz zacząć mnie już wypytywać.

– Dobrze zacznijmy od konkretu, skąd masz tego kota?

– Ale jakiego znowu kota!

– Lilly podaj go – dziewczyna została już podczas drogi wtajemniczona w sprawę – wiesz gdzie jest.

– Oczywiście, proszę.

– A!! Ten kot. Dostałam go od pewnego handlarza starociami, powiedział że mu się spieszy a został tylko jeden a nikt nie chce go kupić. A ja nie będę obojętnie patrzyła na takiego człowieka, więc go kupiłam.

– A wiesz gdzie on teraz jest? Gdzie od niego go kupiłaś?

– Chodził po domach z tydzień temu ale nie przedstawił się więc nie wiem.

Lilly to na pewno on, zaplanował to żeby zgubić nas. On to zaplanował dawno. – szepnął dziewczynie.

Więc trzeba go przechytrzyć, ale jak?

– Nie mam jeszcze pomysłu ale zachowajmy kota, czuje że nam się przyda.

– Co tam szepczecie?!

– Padła pani ofiarą oszusta, sprzedał pani dowód zbrodni a skora ja jestem detektywem to konfiskuje go na czas śledztwa.

– No dobra, bierz go i tak był szpetny i nie pasował tu.

Oboje podziękowali za poczęstunek i opuścili chatkę.

– No i co teraz? Idziemy do fabryki?

– Nie moja droga, on wie że chcemy tam iść. Trzeba jak to powiedziałaś go przechytrzyć. Usiądziemy tutaj na ławce i zastanowimy się nad całą sprawą.

I tak zrobili, Zahu siedział wraz z Lilly i myśleli nad tym co teraz. Byli w tak zwanej kropce bez pomysłów i wskazówek. Pomimo tego mieli nadzieję, a to jest zawszę ważne.

– Ej! Przestań bawić się tym kotem, bo jeszcze go zbijesz. Albo… Pokaż go

,,Wyprodukowany przez firmę Jacka Salomonowicza ul. Lichwiarzy 2”

To było to, Wskazówka dotycząca miejsca, w którym trzeba szukać. Detektyw wzdrygnął się gdy zobaczył tą karteczkę. A po jej przeczytaniu od razu wiedział co teraz zrobią.

– Jesteś genialna!

– Tak, a co takiego genialnego zrobiłam?

– Ta karteczka wskazuje na to przez kogo kotek został wyrobiony, nie byłem tam bardzo dawno.

– A skoro wiesz kto go wyrobił to możemy go zapytać komu ostatnio sprzedawał takie zwierzątko. Dobry pomysł.

– Tak, w końcu poznamy prawdę o tym kto zabija ludzi z naszego miasteczka.

– No to na co czekamy, chodźmy póki nie jest za późno bo w każdej chwili może zginąć następny.

Rozdział ósmy: Już się nie ukryjesz!

———————–________________________________________———————–

Nad małym miasteczkiem minęło południe. Słońce powoli schodziło z nieba oświetlając wszystko swym pięknym, pomarańczowym blaskiem. Gdzieś  na uboczu tego miasta, na zapomnianej już ulicy dostrzec można było dwójkę ludzi kierujących się w stronę części handlowej. Była to piękna kobieta o blond włosach i wysoki mężczyzna w płaszczu. Tuż za nimi szedł malutki łaciaty piesek szczęśliwie merdający ogonkiem.

Trójka ta sprawiała wrażenie bardzo szczęśliwej malutkiej rodzinki. Niestety, nie było tak. A na pewno nie byli zadowoleni. Zmierzali właśnie na spotkanie, które miało wiele wyjaśnić w sprawie zabójstw.

Chwilę ciszy, która nastała przerwał detektyw.

– Dobrze Lilly, zbliżamy się na miejsce, trzeba się zastanowić nad naszą rozmową z Jackiem.

– No, tak racja nie wejdziemy tam przecież ze słowami: ,,Ej ty, wiesz może komu ostatnio sprzedałeś tego kota?!” bo to nie miało by sensu.

– Wiem, i mam pomysł. Ty, będziesz naszą taktyką i sposobem na sprzedawcę. Zobaczysz jeśli mam rację to przyjdzie nam to bardzo łatwo.

– Tak? A co zamierzasz?

– Wykorzystamy jego słabość do pięknych kobiet. O ile nic się nie zmieniło przez te lata.

– A… Rozumiem, już wiem co mam zrobić.

– Ok. Jesteśmy na miejscu.

Faktycznie byli już przed sklepem z antykami na ulicy Lichwiarzy. Jak na taki sklep przystało był stary, zaniedbany i bardzo ,,klimatyczny”. Stanęli na wprost drzwi spojrzeli na siebie i tylko kiwnęli głowami. Byli przygotowani do akcji więc odważnie weszli do sklepu.

– Dzień dobry – powiedzieli równocześnie Mateusz i Lilly.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc?

– Wie pan co? Jakiś czas temu znalazłam na strychu takiego oto tu kotka, chciała bym się dowiedzieć czy go pan zna i czy pamięta komu go sprzedawał, bo jest mi to teraz bardzo potrzebne – powiedziała dziewczyna, po czym podeszła z kotkiem do niskiej lady, o którą później oparła się w wyzywający sposób. Mężczyzna poczuł nagłe zakłopotanie. Nie potrafił się skupić na niczym a szczególnie na odpowiedzi. Co chwila spoglądał tylko na biust i wypięty tyłek kobiety.

– Cz… czy widziałem te koty już wcześniej? Tak, jakiś czas temu sprzedałem je pewnemu mężczyźnie.

– Je? To było ich więcej?

– Tak, dokładnie dwa. To były bliźniacze koty.

– I on kupił obydwa?

– Tak.

– A czy może pan go opisać i coś o nim powiedzieć?

– No nie wiem…

– Ale ja bardzo proszę, chyba nie odmówi pan kobiecie w potrzebie?

Te ostatnie słowa Lilly wypowiedziała w iście aktorski sposób, co na pewno pomogło jej. Całej tej rozmowie przyglądał się Mateusz chowając się za pułkami i raz po raz spoglądając na Jacka i wypiętą dziewczynę.

– No dobrze, ale wiem pani, niech to nie wyjdzie poza sklep. Zrozumiała pani?

– Jasne.

– Więc tak, to było kilka tygodni temu. Przyszedł do mnie pewien niski mężczyzna, z tego co pamiętam był to blondyn. Był też szczupły. Hm… co jeszcze… O! pamiętam, że miał na prawym przedramieniu bardzo charakterystyczny tatuaż. Wielkiego pająka stojącego na kartach, chyba królu, asie i damie. Ale nie wiem czy dla pani to jest też ważne?

– Tak, jak najbardziej. Proszę podać każdy szczegół.

– No to skora tak, to miał jeszcze na policzku znamię w kształcie półksiężyca. Więcej już nie pamiętam więc proszę nie pytać.

– Dobrze, bardzo dziękuję – powiedziała Lilly spoglądając za siebie, gdzie ukryty za półkami stał notujący wszystko Mateusz – To ja będę chyba już szła. Bardzo przepraszam za problem i Do widzenia.

– Ależ nie ma sprawy i polecam się na przyszłość.

Zachwycona dziewczyna i chłopak wyszli ze sklepu, po czym zaczęli swe spekulacje.

– Naprawdę, jesteś wspaniała i kochana. Byłaś niemożliwa, powiedział ci co tylko chciałaś. Dziękuje. – oznajmił rozradowany detektyw.

– Nie ma za co, to była dla mnie przyjemność. – odpowiedziała uśmiechając się szczerze.

– Ale dobrze potem będziemy sobie dziękować, teraz trzeba przemyśleć tą sprawę.

– Właśnie, myślę że zapisałeś sobie wszystko?

– Jasne, lecz nie potrafię skojarzyć tego człowieka. Być może mieszka gdzieś dalej od centrum albo gdzieś poza miastem.

– Więc nie znasz go?

– Przykro mi ale nie.

– Nic się nie stało, wiemy jak wygląda, to bardzo nam pomoże. A teraz chodźmy już stąd.

– Dobrze, udamy się jeszcze tylko do rady miasta i możemy wracać do domu.

– Ok.

Oboje udali się więc jak zamierzyli do rady, która znajdowała się w centrum. Mateusz całą drogę próbował skojarzyć to co usłyszał i znaleźć osobę odpowiedzialną za mordy, lecz nie potrafił. Prawdopodobnie nigdy w życiu nie widział tego człowieka.

W tym czasie Lilly miała w głowie co innego, myślami była już w ciepłym mieszkaniu, w którym rozmawiała sobie na spokojnie już z Zahem przy jakiejś dobrej kolacji.

Tak zamyśleni przemierzali kolejne Matry w drodze do centrum.

– Już – powiedział Zahowski – jesteśmy na miejscu. Gdybyś nie była zagrożona tutaj to bym powiedział ci, żebyś  poczekała tu z psem, i że to tylko formalność. Ale chyba wiesz, że boje się o twoje życie i nie pozwolę ci tu samej stać.

– To znaczy, że zależy ci na mnie?

– To znaczy, że zależy mi by nie było więcej ofiar i tyle.

Ja tam i tak wiem swoje i wiem co tam sobie myślisz – pomyślała dziewczyna podążając za nim do środka.

Budynek nie miał w sobie nic specjalnego, jak każdy tego typu był nudny i przyozdobiony. Wszędzie były położone dywany w kolorze czerwonym a ściany i podłogi były w panelach.

Czyli ogólna nuda, ale czego innego spodziewać się po urzędzie. Niby nic ale widok gabinetu burmistrza całkiem zadziwił kobietę.

Nie było tu wcale jakoś elegancko wszystko było całkiem normalne, bez jakiegoś wyolbrzymiania się czy coś. Ściany były pokryte lekko ozdobną tapetą w limonowym kolorze z brązowymi wykończeniami. Na nich wisiał tylko jeden mały portrecik burmistrza otoczony dziełami artystycznymi typu ,,martwa natura”. Tuż obok niewielkiego biurka stał stary i wielki zegar wahadłowy. Na podłodze położono zielony dywan a tuż nad nimi wisiał niewielki stary żyrandol. Wykończeniem całości był niewielki kominek ozdobiony zielonymi ozdobami oraz kwiatami.

No tak, w końcu to jest Green Otac. A skoro Green to musi być zielono… Ale co z tym ,,Otac” bo z angielskiego to na pewno nie jest… Nieważne, kiedyś zapytam Mateusza – pomyślała Lilly

W tej chwili spojrzała na burmistrza. Pasował idealnie do swej roli. Był niewielki, gruby, łysiejący i dziwnie ubrany. Pasował idealnie do stereotypu burmistrza. Brakowało mu tylko berecika lecz na pewno gdzieś go trzyma.

– Witam panie Padre, to moja dobra znajoma Lilly Miłkowska wprowadziła się ostatnio do nas i aktualnie nocuje u mnie.

– O! Witamy w Green Otac panno Miłkowska. Ja nazywam się Aleksander Padre i jestem jak już pani pewnie wie burmistrzem. A co do tej wizyty, to nie jest chyba wasz jedyny powód?

– No niestety nie. Jak już pewnie się zorientował pan to rozwiązuję pewną sprawę.

– Tak słyszałem o Lupowiczu i o tych ofiarach. I czuje, że masz bardzo ważną sprawę do mnie w związku z tym.

– Dokładnie, potrzebna mi pana wiedza gdzie znajdę niewielkiego mężczyznę o blond włosach, z blizną w kształcie półksiężyca na prawym policzku i tatuażu – pająku na prawym przedramieniu?

– Hm… Ciężkie pytanie… O tatuażach nie wiem ale znam trójkę zameldowanych ludzi z bliznami na twarzy. Wszyscy mieszkają na osiedlu Straceńców. To bardzo ponura i owita ciemną mgłą dzielnica. Próbowałem wysłać tam kiedyś patrol policji aby dowiedzieć się co tam się dzieje ale nie zgodzili się na to.

– Czyli będę musiał się tam jutro przejść. I zbadać to.

– Dałbym ci jakąś ochronę ale nikt się nie zgodzi.

– Poradzimy sobie jakoś z tym.

– Oby, życzę wam powodzenia i uważajcie na siebie bo wyglądacie na bardzo świetną parę.

– Ale my…

– Wiem nie jesteście parą, ale coś czuje, że niedługo to się zmieni. Po prostu czuję to w swoich starych kościach a one jeszcze mnie ni okłamały.

– No dobrze… Serdecznie dziękujemy, na nas już czas, jest bardzo późno a trzeba się wyspać.

– Co racja to racja. Żegnam was moi mili, obyście jeszcze długo pożyli…

– Dowidzenia i wzajemnie.

*

– Dowiedzieliśmy się dziś bardzo wiele – powiedział Mateusz sięgając do sterty tostów ułożonych na stole. – Wiemy już jak wygląda zabójca, jeżeli oczywiście to był on. A gdyby tak, to prawdopodobnie znajdziemy go jutro.

– Tak. I wiemy też, że w oczach burmistrza jesteśmy kochającą się parą – odpowiedziała uśmiechnięta Lilly sięgając za nim po jedzenie.

Chłopak zaśmiał się cicho – Ach tak, ten nasz Olek, zawsze lubi żartować.

Dziewczyna nie odpowiedziała nic tylko uśmiechnęła się do niego.

– Ale przyznasz, dzisiejszy dzień można zaliczyć do naprawdę udanych.

– Oj tak, zyskaliśmy bardzo dużo informacji. Może jutro w końcu go znajdziemy i nareszcie będę spokojna.

– I wszystko dzięki tobie.

– Nie przesadzaj, gdyby nie ty to co ja bym tu teraz robiła?

– Możliwe. A co będzie z tobą jak go złapiemy? Gdzie się podziejesz? Chyba nie wrócisz z powrotem do ,,Kozła Ofiarnego” ?

– Sama nie wiem, sugerujesz może coś?

– No nie wiem, możesz na razie zostać u mnie. Chyba nie jest tu aż tak źle?

– Wręcz przeciwnie, jest genialnie. I z chęcią zostanę tutaj do czasu, aż nie znajdę czegoś dla siebie oczywiście.

– Jak tam chcesz. U mnie zawsze znajdziesz miejsce dla siebie.

– Tak wiem. I dziękuję ci za to. A teraz niestety muszę cie przeprosić. Idę się umyć i spać. Trzeba przecież się wyspać. Tylko jeszcze wezmę to…

Wzięła talerze umyła je i poszła do łazienki zostawiając zamyślonego Mateusza samego.

Ona naprawdę jest śliczna a do tego jeszcze bardzo sprytna i mądra. A jak poradziła sobie dziś z Jackiem. Nie musiałem nawet jaj pomagać. Sama wiedziała o co zapytać.

– Gdzie jest jakiś ręcznik!?

Ręcznik? Co? A, Ręcznik!

– W szafce nad umywalką!

– Dziękuje bardzo!

Ten głos… Niby taki drażniący a łagodzi moje uszy. Miło by było słyszeć go codziennie.

– Ok. Łazienka już wolna, możesz się teraz spokojnie myć. Myślę, że zostawiłam tam porządek, jak by ci coś nie pasowało to mnie obudź.

– Dobrze, ale wątpię w to – powiedział uśmiechając się serdecznie do niej.

Budzić? Nie miał bym odwagi ani siły zrobić tego.

Zasypany tymi myślami Mateusz wziął prysznic i przebrał się. Łazienka jak się spodziewał, była czysta jak dawniej a nawet w lepszym niż dotychczas stanie.

Wyszedł i od razu skierował się w stronę sypialni, lecz przechodząc obok śpiącej Lilly nie mógł się oprzeć pokusie. Zatrzymał się.

Jakbyś wiedziała co ja czuje. Naprawdę żałuje, że nie potrafię ci tego powiedzieć. Ok. Masz rację trzeba iść spać.

Mężczyzna po cichu podszedł bliżej i łagodnie pochylił się nad nią.

Kocham cię – wyszeptał i delikatnie pocałował ją w czoło – Dobranoc.

Rozdział dziewiąty:  NieWielkie Tajemnice

————————____________________________________________———————–

Na małym zegarku leżącym na biurku Mateusza właśnie wybiła godzina siódma. Została tylko godzina do czasu kiedy się obudzi. Jeszcze nie wiedział o tym co go czeka.

Na dworze była paskudna pogoda, pierwszy raz od tygodni padał mocny i porywisty deszcz.

Lilly najwidoczniej nie dał on spać bo już ubrana szykowała śniadanie. Tym razem były to kolorowe kanapki. Po minie jaka panowała na jej twarzy można by stwierdzić, że nie przejmuje się pogodą i jest w genialnym nastroju.

– La li, la li, la. – Podśpiewywała sobie krojąc kolejne plastry pomidora i szynki. Nie wiem dlaczego ale jestem dziś w świetnym humorze. To chyba z radości, że w końcu mamy szanse go znaleźć. Sama nie wiem.

Ok. To ostatni plaster. Która jest godzina? O już za pięć ósma, chyba pójdę obudzić Mateusza. A może nie robić tego? Nie, pójdę.

Jeszcze chwilę się wahała ale postanowiła jednak, że to zrobi. Odłożyła nóż, umyła ręce i niepewnym krokiem przeszła do jego sypialni. Był to pokoik nie większy od innych, mały i skromny. Ściany były bladozielone a podłoga wyłożona była deskami. W prawym rogu stał malutki fotel tuż obok szafy z ubraniami. Z drugiej strony stała półka a na niej telewizor. Był ustawiony wprost na łóżko, które teraz stało na wprost dziewczyny. Ono jedyne nie pasowało do reszty. Wielkie, ociężałe lecz bardzo wygodne. Gdyby się przyjrzeć to można by rzec, że wyglądem przypomina nawet małżeńskie.

Mateusz leżał po prawej stronie, mocno wtulony w poduszkę. Smacznie spał, chrapiąc przy tym lekko.

Ale słodko śpi, aż żal go obudzić. Jest taki… taki kochany i niewinny gdy śpi. Szkoda, że jest tylko znajomym… Ale dobra, trzeba go obudzić.

Jedna myśl nt. „Pierwsza próba pisania”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: